| STRONA GŁÓWNA BIOGRAFIA
DYSKOGRAFIA
TEKSTY
FOTOGRAFIE
WYWIADY
"Elle"
<<<powrót
INFORMACJE
MULTIMEDIA
KSIĘGA
GOŚCI
CHAT
SONDA
KONTAKT
|
|
|
Grzegorz
Ciechowski - po raz pierwszy, wyłącznie dla ELLE,
przedstawia swojej rodzinę. Żona - Ania tuli rocznego
Bruna. Obok Helenka - dw a i pół roku i dziewięcioletnia
Weronika. "Kompletnie nie daję się do prowadzenia
domu, do dbania, aby był ciepły i bezpieczny. Moja
żona natomiast robi to z dużym talentem".
Legenda
polskiego rocka. Komponuje, pisze teksty, aranżuje,
śpiewa.
Twórca Republiki. Kreator Obywatela GC i Grzegorza z
Ciechowa.
Producent płyt, promotor młodych talentów. Autor
wierszy.
Interesuje się literatury i filozofią.
Zaskakuje, prowokuje, drażni.
Co tkwi pod monumentalnie wystylizowana, powierzchnią?
ELLE
Gdzie Cię spotkałem? Czy mógłbyś powiedzieć, jaki
ło moment? W jakim jesteś miejscu, jako człowiek, jako
artysta, jako ojciec? Jako laureat czterech tegorocznych
Fryderyków?
GRZEGORZ CIECHOWSKI: Spotkałeś mnie w okresie
przemian, przepoczwarzania się. Zwrot nastąpił kilka
lat temu. Miałem poczucie, że coś się we mnie zaczyna
oczyszczać. Polegało to na kompletnej zmianie życia,
od małżeńskiego po zawodowe, na powolnym oczyszczaniu
się z kilkuletnich zaszłości. Porównałbym to do
rzucenia palenia. Byłem nałogowym palaczem przez 22
lata. W momencie, w którym rzuciłem papierosy,
zauważyłem, że mogę pójść, na przykład, do
dentysty i stać mnie na to, żeby regularnie się z nim
umawiać. Palenie było dla mnie czymś takim, co
powodowało rezygnację z wszelkich wysiłków, żeby
zrobić coś dobrego dla siebie. Był to nałóg, który
określał stan ogólny mojego ducha. Wszystko co istotne
odkładałem na potem.
ELLE:
W kraju, gdzie pali większość lekarzy i trzy czwarte
społeczeństwa - nie przesadzasz?
G.C. W niczym. Ten nałóg powoduje, że jak
przestajesz palić, to rozumiesz, że palenie było
sensem Twego życia. Bo tak: idziesz do kina nie po to,
żeby obejrzeć film, tylko żeby wyjść z tego kina i
natychmiast zapalić. Kochasz się z kobietą nie po to,
żeby się kochać, tylko już podczas miłości
myślisz, jak wspaniale będzie smakował papieros.
Dzień zaczynasz od papierosa, który nadaje sens Twojemu
życiu i jest puentą każdego działania. Kiedy się
denerwujesz głupotą i kiedy rodzi się dziecko, palisz
papierosa. Raptem cały ciężar bytu jest przeniesiony
na fajkę. Z tego absurdu zdajesz sobie sprawę dopiero
wtedy, kiedy przestajesz palić.
ELLE:
Kiedy rzuciłeś?
G.C. W trakcie ostatniego sylwestra. Wypaliłem
ostatniego i powiedziałem sobie: koniec. Teraz cały
czas walczę ze sobą. Ale nie zapaliłem ani jednego od
tamtej pory.
ELLE
Jak się przygotowałeś do tego wyczynu?
G.C. Mówiłem wszystkim, żeby stworzyć sytuację,
z której nie mam odwrotu. Teraz też mówię, napisz to.
Napisz to, żeby jak najwięcej osób dowiedziało się,
żebym nie miał wyjścia. Wszystkich też upoważniam,
żeby nazwali mnie skończonym kretynem, idiotą, jeśli
zobaczą mnie z fajką. Jak widzisz, potrzebuję bardzo
widocznych wrogów w swoim życiu, żeby coś zmienić.
ELLE:
Jak definiujesz wroga?
G.C. Wroga pojmuję tutaj bardzo symbolicznie.
To nie jest wróg, który chce mnie unieszkodliwić. To
ktoś lub coś, co zagraża mojej pozycji, mojemu
rozwojowi, np. pisaniu. Pamiętam taką sytuację, z
końca ogólniaka i początku studiów na polonistyce.
Spotkałem wtedy człowieka piszącego piękne wiersze,
które były przedmiotem mojej wielkiej zazdrości.
Otóż, ten człowiek przeczytał moje wiersze i
kompletnie je zgnoił, powiedział, że takich głupot
dawno nie czytał. Postanowiłem wówczas, że albo coś
zmieni się w tym moim pisaniu i zacznę dochodzić do
istotnych rezultatów, albo odpuszczę to sobie raz na
zawsze. Potrzebowałem więc porażek, żeby móc się
pozbierać i zrobić krok do przodu. Podobnie stało się
kilka lat temu i nie chcę już do tego wracać, ale
wiedziałem jedno, że musi przyjść jakaś pokuta za
wszystko, co się działo. Za rozkład mojego
poprzedniego małżeństwa, za wszystkie grzechy i za
wszystkie błędy które popełniłem. I przyszła. To
trwało i trwało miesiącami. Wtedy powstała płyta
Republiki zatytułowana "Republika Marzeń",
która jest według mnie płytą zupełnie nieudaną.
Właśnie dlatego, że wszystko się we mnie gotowało.
Każdy stan traktuję z taką samą ciekawością.
Również stan kryzysu. On też coś mi daje. Kiedy się
idzie prosto, nie można unikać żadnego gruntu, także
grząskiego. W ciągu ostatnich dwóch lat nagrałem
sześć płyt, swoich lub jako producent. Zostały
zauważone. Nie wierzę, żeby w ciągu dwóch lat
wszystko mogło się tak zmienić, wyłącznie dlatego,
że zmieniło się moje życie prywatne. Zmieniło się
również moje życie zawodowe. Zacząłem kierować
energię tam, skąd ona nie ucieka, tylko kumuluje się i
wraca do mnie. Tak to postrzegam teraz.
ELLE:
Co w tej chwili jest dla Ciebie najważniejsze?
G.C. Staram się wyrzucić z siebie niedobre emocje.
Walczę ze złymi energiami w sobie. Przekroczyłem pewne
granice i ponoszę tego skutki. Ale nie rezygnuję.
Staram się, choć mi nie wychodzi. Zdaję sobie sprawę,
że ten stan jeszcze potrwa. Nie mogę w tej chwili
powiedzieć: O! Mam to już za sobą. Nie chcę mieć
wrogów i to jest najważniejsze.
ELLE:
A jednocześnie mówisz, ze głównie sytuacja kryzysu i
posiadanie wroga naprawdę Cię rozwija. Jak ło
pogodzić?
G.C. Na tym polega dramat, że tak trudno to pogodzić.
Do tego dochodzi kolejny problem: jestem osobą, która
dość łatwo prowokuje, a właściwie polaryzuje ludzi.
Republika była takim ostrym sformułowaniem. To, co
robiliśmy, było bardzo ostro powiedziane, ostro
zarysowane, również pod względem wizualnym, właśnie,
aby polaryzować. Chciałem, żeby jedni nas kochali, a
drudzy nienawidzili. Moje kolejne wcielenia: Obywatel GC
czy Grzegorz z Ciechowa, też powodowały podobne
reakcje.
ELLE:
Z czego ło wynikało?
G.C. Na pewno po części z mojej powierzchowności.
Podobno jestem oschły, wyniosły - taki zarozumiały
buc.
ELLE:
Zaraz zobaczymy. Co Cię trzyma przy tej wierze w swoją
lepszą: cześć?
G.C. Ostatnio miałem niesamowity telefon. Zadzwonił
człowiek, z którego winy kiedyś mieliśmy w zespole
przykre zajście: w sposób niewyszukany musieliśmy
wyrzucić z garderoby drugi zespół. Zachowali się
fatalnie. Od tego czasu minęły cztery lata. Dzwoni ten
człowiek i mówi: "Co prawda, spotkaliśmy się
już po tym incydencie i podałeś mi rękę, ale czuję,
że wtedy fatalnie się zachowałem. Chciałbym ci
powiedzieć, że wiem o tym i proszę, żebyś o tym
zapomniał. Coś mnie napadło, coś było we mnie nie
tak. Bardzo żałuję". Miałem ochotę go
uścisnąć. Ludzie rzadko robią takie rzeczy. Tym
bardziej, że nie miał żadnego interesu. Nie widujemy
się teraz, sprawa dawno już przyschła i mógł sobie
darować. Ten telefon był dla mnie swego rodzaju
szokiem. A jednocześnie pomyślałem, że on jest w
bardzo dobrym momencie swojego życia. Bo tak naprawdę,
dlaczego zadzwonił? Tajemnicza sprawa. Czerpię z tego
telefonu wiarę i chciałbym czerpać z niego przykład.
ELLE:
Pokuta, pokora, chęć zadośćuczynienia doprowadzają
nas do pytania, czy tylko dzieło jest ważne, czy ważna
jest również biografia artysty? Dostojewski i
Strzemiński bili swoje żony. Bergman, Ezra Pound
flirtowali z faszyzmem, a Dunikowski
z powodu kobiety zabił człowieka skrytobójczym
strzałem spod stołu. Cześć fanów uważa, że ich
idol powinien żyć tak, jak śpiewa. Ty jesteś jednym z
pierwszych artystów w Polsce, który na
wielką skale wystylizował swój obraz w mediach. Można
powiedzieć, że grałeś na mediach. Jesteś również
jednym z pierwszych, którzy zapłacili za tę grę
wysoką cenę. Media wkroczyły w Twoje prywatne życie.
Co więc jest ważne: życie artysty, czy jego dzieło?
G.C. Gdybym musiał wybierać, czy będę
genialnym artystą, ale kawałkiem s..., czy miernym
artystą, ale w porządku człowiekiem, z całą
pewnością wybrałbym to drugie. Myślę, że to jest
najważniejsze.
ELLE
To znaczy co?
G.C. Jakim jest się człowiekiem. Najpierw
człowiek, potem artysta. Sztuka jako taka nie wydaje mi
się tworem na tyle pożądanym i niezbędnym, żeby
miała usprawiedliwiać czyjekolwiek s... Nawet z powodu
kobiety.
ELLE:
Czy z powodu kobiety można stracie twarz,
stracić klasę?
G.C. Oczywiście. Klasa to jest dla mnie czyjś
stały, wysoki poziom. Można ocenić ją w kimś dopiero
po latach. Ten człowiek ma klasę - mówimy o kimś, kto
wielokrotnie przekonywał nas do siebie lub zadziwiał
sobą. To coś, do czego dążę w swojej twórczości i
w życiu, i czego oczekuję od innych.
ELLE:
A w branży?
G.C. Branża muzyczna dopiero zaczyna się
określać, bo zaczyna funkcjonować rynek. Wielokrotnie
jestem atakowany (wiadomo, że robiąc rzeczy widoczne,
trzeba się z tym liczyć), ale za miarę klasy i
wewnętrznego spokoju uważam nieatakowanie innych.
Odmawiam sobie tego, choć mam ochotę atakować w ramach
odwetu. Tu przebiega ważna granica, między krytykami a
branżą. Nie można mieszać tych dwóch pojęć. Jeśli
ktoś sam śpiewa, gra, komponuje i raptem staje się
osobą publicznie oceniającą innych, według mnie jest
człowiekiem bez klasy. Wolność polega na
umiejętności odmówienia sobie pewnych rzeczy.
ELLE:
Go zrobimy z wolnością Twoim
zdaniem?
G.C. Mam nadzieję, że emocje polityczne będą
opadały, a politycy stworzą zbiór zachowań może
ciekawych, ale coraz mniej dla nas istotnych. Do tej pory
wyprawa np. do Paryża kojarzyła mi się zawsze z
wyprawą w lepszą, bardziej przyjazną rzeczywistość.
Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że również u nas, w
Polsce, w Warszawie, można poczuć oddech wolności,
Europy, wolnego świata.
ELLE:
Czy kobieta jesł ograniczeniem wolności? Czym dla
Ciebie jako artysty jest kobiecość?
G.C. To rzecz podstawowa, która nie tylko nas
określa, ale pozwala nam cokolwiek zrobić w sztuce.
ELLE:
Dlaczego ten wątek umieszczasz aż tak wysoko?
G.C. Bo dla mnie są to emocje najłatwiejsze do
opisania. Emocje związane z miłością, z rozstaniem, z
możliwością odrzucenia miłości to najbardziej
plastyczny materiał, jak glina dla rzeźbiarza. Dla
kogoś, kto pisze, a szczególnie, jeśli pisze teksty
piosenek czy wiersze, rzeczy, które przydarzają mu się
w życiu z partnerem są najważniejszym tworzywem.
ELLE:
Miłość a seks?
G.C. Często ulegamy złudzeniu, mylimy seks,
zauroczenie seksualne z miłością. A miłość to
mówienie kobiecie prosto w oczy, że jesteśmy w takim
miejscu, w którym powinniśmy mieć dziecko. To jest ten
moment. To z całą pewnością deklaracja miłości.
Jeżeli taka deklaracja pada z obydwu stron w sposób
naturalny, jest to miłość i budowanie.
ELLE:
Czy wyniosłeś jakiś ideał kobiety z rodzinnego
domu?
G.C. Nikt takiego modelu nie formułował, natomiast
mogę powiedzieć, że kobieta była dla mnie zawsze
bytem ostatecznym. Od dzieciństwa fascynowała mnie
istota kobiecości. Już jako chłopak łażąc po
plaży, obserwowałem kobiety. Nie tylko jako obiekty
erotyczne. Były dla mnie czymś niesamowitym.
Dotknięcie kobiety było nieomal jak dotknięcie
śmierci. I dokładnie tak to we mnie zostało. Na
początku istnienia Republiki powstała nawet piosenka
"Śmierć w bikini". Według mnie kobieta nosi
w sobie nie pojmowany przez facetów kosmos, pełen
dziwnych korytarzy, jaskiń, tajemnic i nie chciałbym,
żeby to było przekładane wprost na jej anatomię.
Kobieta ma w depozycie jakąś tajemnicę, z której
nawet nie musi zdawać sobie sprawy. Nie twierdzę, że o
tym nie wie. Wie w sposób organiczny. Ona ma tę
wiedzę, czuje siebie, ale często nie potrafi nawet o
tym opowiedzieć.
ELLE:
Myślisz, że my potrafimy lepiej to nazwać?
G.C. Nie. My jesteśmy tym tylko bardzo
zainteresowani. Kobiety nie czują potrzeby, żeby to w
jakikolwiek sposób definiować.
ELLE:
Wracam do tego, czy swój stosunek do kobiecości
wyniosłeś z domu? Czy Twoi rodzice byli dobrym
małżeństwem?
G.C. Tak, bardzo dobrym.
ELLE:
Jak to wpływało na Ciebie?
G.C. Miałem poczucie bezpieczeństwa, stałości,
które dla dziecka jest wartością podstawową. I
absolutną pewność, że nic się nie zmieni, co
wyposażyło mnie w dziwny spokój na resztę życia.
Dziś niewiele jest sytuacji, które są w stanie
wytrącić mnie z równowagi.
ELLE:
Mówisz, że to było udane małżeństwo, ale czy
pamiętasz jakąś scenę, która daje temu świadectwo?
G.C. Dla nas, tzn. dla mnie i dla dwóch moich
sióstr, było normalne, że oprócz nas oni cały czas
zajmowali się sobą. Pamiętam ich wracających z
jakichś balów, w śmiesznych czapeczkach, z balonikami
w ręku. Pamiętam ich powroty ze wspólnych wycieczek, z
Bułgarii, z Węgier. Rzeczywiście zawsze byli sobą
zainteresowani. Widać było, że nie mają szans nudzić
się z sobą. Bardzo naturalnie im to przychodziło. I
cały czas żyjąc, wyjeżdżając, robiąc różne
rzeczy, myśleli o sobie, o swoim związku. To się
czuło, patrząc na nich.
ELLE:
A Ty, mając tamten obraz w oczach, czego nauczyłeś
się w swoich związkach?
G.C. Nasze pokolenie idealny związek nazywało
partnerskim, intelektualnym. Uważaliśmy, że to jest
najważniejsze. Ze bez tego nie ma w ogóle możliwości
bycia z sobą. Ale okazuje się, że to jest tylko punkt
wyjściowy. A sedno jest gdzie indziej.
ELLE:
Gdzie?
G.C. Kiedyś traktowaliśmy partnerstwo jako robienie
równolegle tych samych rzeczy, czytanie tych samych
książek, chodzenie na te same filmy i wystawy,
rozmawianie o tym i dochodzenie do rozwiązania
wspólnych problemów. Tymczasem sedno partnerstwa to
uzupełnianie w wykluczających się wzajemnie
dziedzinach. Na przykład, ja kompletnie nie nadaję się
do prowadzenia domu, do dbania, żeby był taki, jak dom
moich rodziców: ciepły i bezpieczny. Moja żona robi to
natomiast z dużym talentem. To jest rodzaj partnerstwa,
który po latach jestem w stanie docenić. To czyni mój
dom miejscem, do którego chętnie wracam, w którym
zawsze jest ciepło i miło. Nigdy nie ma na przywitanie
czegoś takiego, co powoduje, że przez chwilę
przynajmniej zastanawiam się, czy warto było wracać,
czy może jeszcze gdzieś pójść.
ELLE:
Tylu facetów co dzień tylko kombinuje, co zrobić,
żeby opóźnić powrót do domu...
G.C. Ja też już teraz kombinuję, że jest za
dwadzieścia dziewiąta i będę musiał ściągnąć do
domu. Nie dlatego, że już nie mam ochoty mówić, ale
chciałbym jeszcze zobaczyć dzieciaki, zanim zasną.
ELLE
l tu skończymy, żeby nie było na mnie. Pozdrów od nas
dzieci i żonę...
Rozmawiał
Marek Miller, Zdjęcia Andrzej Świetlik
"Elle", nr 7 (34); Lipiec 1997 rok
|